Pogrzeb Dawida

Widzę stado białych skrzatów spadających z nieba. Są to małe, nieistotne istoty wykonane z lodu, o gwarantowanej żywotności zaledwie kilku sekund. Moja twarz jest tak blisko szyby, że czuję, jak przez małe drewniane otwory wpada mroźne powietrze. Widzę moich rodziców na zewnątrz odkopujących groby. Szary płaszcz taty jest nienaturalnie gruby, utrudniający mu ruchy, mama stoi obok niego, unosząc się w powietrzu i ubrana w długą czarną sukienkę, która zwisa lekko nad lodowatą ziemią.

Dziś rezonuje ze mną trochę inaczej. Chciałabym, żebyś tu był, żebyś pozwolił mi zająć swoje miejsce. Mama i tata są zajęci; rozkopywaniem grobów, robiąc miejsce na cmentarzu dla nowych danin, które wkrótce zajmą ich świeżo rzeźbione doły.

Wyobrażam sobie, że nieustannie o tobie myślą. Może gdy są tam ze swoimi łopatami, przemówią do ciebie. Mama prawdopodobnie płacze, przypominając sobie małe fragmenty swoich młodszych dni. Tata prawdopodobnie powstrzymuje emocje pod swoją brutalnie opancerzoną osobowością, dusząc się, jednocześnie dławiąc łzy, tylko po to, by mama nie była świadkiem tego, co czuje.

Myślę, że mama jest silna, że ​​lepiej radzi sobie ze śmiercią; w końcu cmentarz należy do jej rodziny, dlatego jest nauczona, ona nadal przygotowuje ciała zmarłych, a jedynym obowiązkiem taty jest pomoc przy kopaniu dołów.

To nie pierwszy dzień zimy, ale jak dotąd najbardziej śnieżny. Biały puch zdobi nagrobek na cmentarzu naszej rodziny, maskując niektóre litery na grobowcach i zabijając kwiaty pozostawione przez odwiedzających. Na dzień nakłada się dziwny spokój, nadchodząca cisza.

Słyszę twój głos z tyłu mojej głowy, mówiący: „Jaki piękny dzień na śmierć”.

Za cmentarzem dostrzegam zamarznięte jezioro. Widzę obrazy naszych młodszych ja, jeżdżących po cienkim lodzie. Twój sobowtór patrzy na młodszą wersję mnie, pomaga jej zachować równowagę, blokując ręce. Uśmiechają się do siebie, twoja kopia ciągnie moją kopię dalej na środek naszego prywatnego lodowiska, a potem kopie te ślizgają się jak płatki po delikatnym wirującym wietrze.

Nienawidzę nas tam widzieć. Brzydzę się tym, o czym przypomina mi jezioro; to sprawia, że ​​myślę o tobie, o nas i powoduje, że moje oczy puchną i płoną.

„Dlaczego to zrobiłeś?” Szepczę do siebie, mając nadzieję, że moje pytanie dotrze do twojego ducha na jeziorze. „Dlaczego mnie uratowałeś? Dlaczego musiałeś umrzeć?”

Słyszę, jak drzwi frontowe otwierają się skrzypiąc, dając mroźnej wichurze pozwolenie na wtargnięcie do naszego domu i przemykanie przez korytarze. Drzwi się zatrzaskują i mama przebiega obok mnie do kuchni. Tata przechodzi po krótkiej chwili, jego oczy napotykają moje ramię, nic nie mówi, ale jego twarz zostawia wiadomość. Dom wypełnia się nagle odgłosami szczęknięć i otwieranych i zamykanych szafek, gdy mama przygotowuje śniadanie.

„Herbata czy kawa?” – dobiega jej głos.

„Herbata” – odpowiada tata.

„Cokolwiek” – dodaję ja.

Czuję się jak zakładniczka we własnym domu. Mama i tata utrzymują rutynową pracę rano, przygotowywanie posiłków, odbieranie telefonów i uspokajanie każdego, kto jest po drugiej stronie kolejki, pocieszając przypadkowe rodziny, które straciły swoich bliskich.

Żałuję ich. Życie jest takie kapryśne i krótkie; śmierć zawsze czai się jak cień. Jednak w takie dni jak ten nasi rodzice zajmują się pracą i kopaniem dołów; oni nie wydają się opłakiwać, nie wydają się pamiętać.

Zastanawiam się, czy pozwolą ci stopić się i zniknąć jak śnieg. Prawdopodobnie jest to łatwiejsze dla moich rodziców niż dla mnie. Dla naszych rodziców. Mama i tata po prostu nie widzą cię tak jak ja. Grzebią innych, duszą pozostałe dusze bezczynnych i bezwładnych ciał brudem i żwirem. Zakopują się pracą i odpowiedzialnością; grzebią mnie w milczeniu. Zakopuję się w izolacji, z poczuciem winy i żalu. Bawię się przeszłością i pozwalam jej przeniknąć do teraźniejszości. Topię się codziennie w Twojej obecności. Pamiętam cię, cmentarz, lód, jak cię pochowałam.

***

Biznes kwitnie; Mama i tata po prostu nie mogą usiedzieć spokojnie. Zima jest korzystna, zwłaszcza dla rodziny, która ma do czynienia ze śmiercią. Codziennie dzwoni telefon od osób, które kogoś straciły. Pacjenci umierający w szpitalu w wyniku hipotermii, poślizgnięcia się i wypadki.

Brukowana ścieżka prowadząca na cmentarz jest zamarznięta. Drzewa i gałęzie są pokryte białą powłoką, a nędzne jezioro jest prawie srebrne od lodu. Nasi rodzice są na zewnątrz, przygotowując kolejny grób; najprawdopodobniej zostanie zasypany do końca dnia. Telefon dzwoni, ale ja nie odbieram. Odrzucam pomysł pomagania mamie i tacie w ich pracy. Kto chce kogoś pochować więcej niż raz? Telefon dzwoni ponownie, inwazyjny dzwonek czołga się pod moją skórą, zaciska zęby. Podnoszę go w końcu. Poddaje się.

„Czy to jest kostnica rodziny Stańczak?” pyta głos po drugiej stronie.

„Tak. Zawołać rodziców?”

„Nie, to nie będzie konieczne. Czy możesz przekazać mi wiadomość?”

„W porządku” – mruczę.

„Powiedz im, że za około dwie godziny powinno przybyć ciało”.

„Co? Ciało? Może jednak poram rodziców” – Moje ręce zaczynają się trząść. Część mnie chce się rozłączyć, oderwać przewód od telefonu.

„Nie. Nie trzeba. Jesteś ich córką, prawda? Po prostu przekaż wiadomość. Ciało młodego chłopca powinno przybyć za około dwie godziny”.

Jest cisza; Nic nie czuję; Czuję się odrętwiały.

Głos na linii pyta irytująco.

„Wszystko zrozumiałaś?”

Wykrztusiłam odpowiedź: „Tak. Młody chłopiec. Przyjeżdżam za dwie godziny. Powiem im ”.

„Oh, prawie zapomniałem. Chłopiec jest tonącą ofiarą, więc rodzina chce zamkniętej trumny, dobrze?

Zamarzam. Telefon prześlizguje mi się przez palce, uderza o podłogę, dynda i kołysze się na drucie. Pokój rozszerza się i kurczy jak płuco, bijąc coraz szybciej, nie ma nic poza ciszą.

Podmuch zimnego powietrza uderza mi w szyję i plecy, dreszcze przebiegają mi po kręgosłupie. Mama zamyka frontowe drzwi, podchodzi za mną jak duch.

„Czy ktoś dzwoni?” – pyta. – „Witaj, Ziemia do Klary, czy ktoś dzwoni?”

Unikam pytania. Biegnę do salonu, ale chcę biec jeszcze dalej.

Mama podnosi zawieszony telefon.

„Rodzinna kostnica Stańczak” – informuje – „W porządku. UH Huh. Za dwie godziny ”.

Mama się rozłącza. Zagląda do salonu, by zobaczyć mnie zwiniętą przy oknie na kanapie. Wzdycha.

„Wszystko w porządku?”

Oferuję jej ciszę. Tonący dźwięk braku odpowiedzi.

„W porządku”.

„Będę na zewnątrz, jeśli będziesz czegoś potrzebować ”.

Woda zalewa mi oczy. Moja wizja zaczyna się rozmywać.

„Jak? Jak możesz… Jak możesz to robić? ”

Mama idzie w moją stronę powolnym i niepewnym krokiem, jak głodny, ale przestraszony, zabłąkany.

„Co masz na myśli?” – Siada obok mnie.

„Jak możesz… Jak możesz to zrobić? Zakopywać ludzi? Serio?:

„Cóż, to praca mojej rodziny”.

„Nie, nie oto pytam” – odpowiadam – „Jak możesz to robić, odkąd Dawid…”

„Odkąd umarł twój brat” – wtrąca się.

Kiwam oczami, a nie głową.

„Martyna, codziennie go wspominam. Zakopuję codziennie, co godzinę. Widzę go we wszystkich, tym bardziej, gdy muszę pochować młodego mężczyznę ”.

Mama kładzie ręce na moim kolanie, jej dłonie są lodowate.

„Jeśli chcesz… może mogłabyś wyjść. Um… ciało powinno tu być za kilka godzin.”

Nie jestem w stanie udzielić jej odpowiedzi.

„Ale tylko jeśli chcesz” – dopowiada.

***

Ciało chłopca wkrótce przybędzie. Może to coś oznacza. Może ktoś lub coś nie chce, abym zapomniała. Jezioro mnie woła, drwi ze mnie, patrzy na mnie, sprawia, że mam ciarki na plecach, nie daje zapomnieć o koszmarze. Widzę ciebie i mnie, nasze przeszłe odbicia unoszące się po kruchym lodzie. Tracę równowagę i upadam, uderzając kolanami o cienką, zamarzniętą płaszczyznę jeziora.

„Auć!” – skomle.

Biegniesz w moim kierunku, kucasz obok mnie.

„Wszystko w porządku Martynko?”

„Nic mi nie jest” – odpowiadam chichotem.

Nagle trzask przerywa nasz śmiech. Wzdłuż lodu płynie seria ostrych szczelin.

„Nie ruszaj się. Zostań, jaki jesteś ”.

„Dawid, boję się”.

„W porządku, Martynko, po prostu się nie ruszaj; nie chcemy żeby lód bardziej popękał ”- mówisz.

Powstrzymuję strach i łzy. Ściszam nawet oddech, mając nadzieję, że to wystarczy, aby uspokoić zamarzniętą taflę.

„Martynko, stań na czworakach i czołgała się tam, gdzie lód nie popękał”.

„Ja… nie mogę” – protestuję.

„Możesz” – odpowiada – „Po prostu czołgaj się powoli i nie zwracaj uwagi na lód”.

Upadam na czworakach. Poruszam się na rękach i kolanach, przesuwając się do przodu, a ty idziesz w moją stronę.

Szczeliny przecinają mi drogę, ziemia wibruje, oddycha. Mój wzrok opada i otacza mnie zimna ciemność. Nie widzę nic przede mną. Z dołu rozszerza się nakładający się cień. Widzę u góry postrzępione odłamki, unoszące się w powietrzu kawałki układanki i plamki światła.

Coś owija się wokół mojej talii, to ty, Dawid. Przytulasz mnie, przytul mnie mocno. Wystrzeliwujesz nasze spętane ciała do przodu, sięgasz po krawędź nad wodą. Twój żelazny uścisk obejmuje zamarznięty brzeg jeziora. Ciągniesz mnie jak kotwicę, wyrzucasz w bezpieczne miejsce, wyrzucasz na brzeg jak wieloryb.

– Martynko, wszystko w porządku? – Uderzasz w moje ciało jak w bęben. Otwieram oczy. – Martynko, słyszysz mnie?

„Tak” – odpowiedziałam słabo.

„Dzięki Bogu!” Uśmiechasz się. Twoja waga rozluźnia się, ramiona rozluźniają. – „Oprzyj ręce za plecami, dłonie lekko dociskają do lodu.”

Pęknięcia otaczają twoje ciało, szybko zamykają cię, dzielą lód między nami. Twoje oczy się rozszerzają. Przysięgam, widzę, jak łkasz. Jezioro cię wciąga. Odwracam się i wyciągam ramię. Widzę, jak twoje ciało zanurza się w wodzie, a ręka zachodzi jak słońce. Dotykam koniuszków twoich palców, czuję ich zmarznięte koniuszki. Twoja rozmyta sylwetka rozpływa się w wodzie. Zanika. Pozwoliłam ci odejść, nie mogę cię uratować, więc zamiast tego pozwoliłam wodzie cię pochować.

***

Ciało chłopca przybywa, czarna furgonetka parkuje przed naszym domem. Mama i tata czekają przy wejściu na cmentarz. Patrzę dalej za groby, spoglądając na twoje star miejsce pochówku, jakim jest zamarznięte jezioro. Widzę cię, a ty patrzysz na mnie. Twoja skóra nie jest ziemista. Nie wydajesz się być zimny. Otaczają Cię białe kropelki i przez chwilę wyglądasz idealnie.

Wyobrażam sobie, że tym chłopcem w trumnie jesteś ty. Mama chowa cię codziennie, myślę, że tata też. Wstaję, idę do drzwi. Wita mnie zimne powietrze i występ tańczącego śniegu. Idę na brukowaną ścieżkę, która prowadzi na cmentarz, miejsce, gdzie cię pochowam. Szlak jest zimny jak kamień, moje stopy zaczynają się zwijać. Kroczę; robię małe kroki. Mama i tata są już na cmentarzu.

„Zaczekaj na mnie!” – Strzelam. -„Idę!” – Ścieżka jest śliska, a ja nie jestem dobra w poruszaniu się po lodzie; dobrze o tym wiesz Dawidku, ale prawie jestem na miejscu.

Dziś przypomnę się tobie, ale nie nad jeziorem. Udam się na cmentarz, żebyś odpoczął, i mocno ściskam dłonie mamy i taty, kiedy ty opadasz na ziemię. Myślę, że w końcu, teraz, to dzisiaj jest naprawdę piękny dzień, w którym możesz umrzeć.

Zapisz się do newslettera

Przeczytaj koniecznie:

Big Bang Theory

Dzieci nigdy nie słuchają starszych, ale zawsze ich naśladują.

close

NEWSLETTER

Dowiesz się pierwszy o promocjach, książkach i ciekawostkach z życia pisarza.

Default image
Dawid Waszak
Articles: 20

Leave a Reply